Sport
Najnowszy Express

Wejherowianie na legendarnym festiwalu

piątek, 30-07-2010

Do Jarocina wybierałem się od paru lat. Zobaczyć i skonfrontować moje doświadczenia z legendami i mitami związanymi z tą imprezą. Tegoroczne 30-lecie festiwalu było dobrą okazją, by w końcu tam pojechać.

Fot.: Joanna Wittschenbach

Festiwal w Jarocinie ma niezwykle bogatą tradycją. I Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji, bo tak oryginalnie się nazywała owa impreza, odbyła się równo 30 lat temu. Dla tych młodych festiwal w tym wielkopolskim miasteczku był wydarzeniem, kiedy to wreszcie mogli spotkać podobnych sobie, buntujących się przeciwko totalitarnemu systemowi i słuchających, wyrastającej z tego buntu, muzyki. Co ciekawe, w Jarocinie miejsce dla siebie znalazły bardzo różniące się od siebie subkultury: punków, metali czy fanów muzyki reggae. Tak jak mówił mi świeżo poznany znajomy z pola namiotowego (członek kapeli metalowej z Podkarpacia, który przyjechał z siostrą punkówą): - W Jarocinie urzeka mnie ta solidarność wszystkich ludzi, kiedy zamiast się tłuc, razem słuchają muzyki i spędzają czas.
Oprócz koncertów znanych zespołów, ważną misją Jarocina było promowanie młodych zespołów. Z tym było różnie – jurorzy konkursu często dokonywali wyborów kontrowersyjnych, jednakże niezaprzeczalnym faktem jest jarociński debiut na wielkiej scenie takich zespołów jak Dżem, TSA, Hey, czy Dezerter. Sama ta kolekcja ukazuje różnorodność granej muzyki.
Po trzydziestu latach od powstania i pięciu od reaktywacji Festiwal próbuje połączyć swoją tradycję z nowymi pomysłami. Impreza straciła swój charakter związany z buntem i niezależnością. Festiwal stał się po prostu trzydniową imprezą pełnym wrażeń muzycznych z profesjonalną organizacją.

Pierwszy dzień,

zresztą tak jak następne, rozpoczął się występem młodych zespołów na małej scenie. Dawały z siebie wszystko, jednak nie dopisywała im ani publiczność ani organizatorzy, którzy zezwolili na organizowanie w tym czasie prób gwiazd na dużej scenie. Pogoda również nie dopisywała, z nieba lał się taki żar, że ludzie chowali się w ogródku piwnym, a co bardziej oszczędni w pobliskim lesie. Pole przed dużą sceną zapełniło się szczelnie dopiero, gdy Lao Che zaczynał swój świetny występ. Wsławiony wybitnym albumem „Powstanie Warszawskie” naładował publiczność niesamowitą energią „Prądu stałego/Prądu zmiennego”. Gwiazdą wieczoru było bezsprzecznie Ska-P, która swoim kontrowersyjnym i niesamowicie żywiołowym koncertem oszołomiło publiczność. Rozczarowanie jednak przyniósł koncert kultowego Dezertera, którzy zagrali po prostu słabo, nawet fani, Konrad i Sebastian przyznali: - Takie tam „trzy akordy i darcie mordy”, wszystko brzmiało tak samo, pozbawione klimatu. Rozbawienie przyniósł koncert death-metalowej kapeli Masturbator, której hasło „czy jest tu piekło?!” stało się najczęstszym okrzykiem na polu namiotowym.

Nie wytrzymałbym

następnego upalnego dnia, bez rozdawanej maślanki z bułką, która tak jak kiedyś ratowała festiwalowiczów. Początek występów został podzielony między mocne granie zespołów CF98, Hurt, a alternatywne Muchy i Rotofobię. Po nich na scenę zawitali chłopaki z Gallows, którzy zagrali świetny angielski punk. Jednakże wyznawcy zespołu Coma czekali ze zniecierpliwieniem na swojego idola i kiedy wyszedł, dał fantastyczny show. Wokalista Piotr Rogucki, absolwent szkoły teatralnej, poruszał się po scenie niczym Freddie Mercury. Po nich pojawiła się legendarna grupa TSA, która dała prawdopodobnie najlepszy koncert na całym festiwalu. Gitarzysta Andrzej Nowak pokazał umiejętności godne największych światowych wirtuozów, a Marek Piekarczyk, prócz świetnego śpiewu, nawiązał żywy kontakt z publicznością, co stworzyło niesamowitą atmosferę. Aśka, moja koleżanka z Gdańska zwróciła uwagę: - Nigdy jakoś nie przepadałam za TSA, nie znałam ich, ale od dzisiaj chyba stali się jednym z moich ulubionych kapel. Marta, również z Gdańska, wyznała: - Dawno na koncercie się nie popłakałam, ale jak Piekarczyk śpiewał kawałek 51 nie mogłam się powstrzymać.

Niedziela pozwoliła

cieszyć się zdecydowanie przyjemniejszą aurą, dzięki czemu koncerty laureatów konkursu młodych cieszyły się całkiem dużym zainteresowaniem. Tak naprawdę dopiero dwa ostatnie koncerty pozwoliły poczuć klimat prawdziwego Jarocina, dzięki występom Kory z zespołu Maanam, słusznie nazywaną się pierwszą damą polskiego rocka oraz T.Love. Muniek Staszczyk miał niezwykłych gości. Na scenie obok niego pojawiła się Kora, Robert Brylewski, założyciel kultowych zespołów: Kryzys i Izrael, Grabaż z Pidżamy Porno oraz Zbyszek Hołdys. Zagrał z nimi ich największe hity. Piękny i wręcz wzruszający koniec Festiwalu. Jak widać Festiwal w Jarocinie muzycznie pokazał klasę. Niemalże każdy koncert był świetnym widowiskiem. Z drugiej strony organizatorzy nie byli przygotowani na taką ilość ludzi. Wiele osób stających w gigantycznych kolejkach na pole namiotowe, ostatecznie zostało odprawionych z kwitkiem i musiało spać nie wiadomo gdzie. Jednak największą porażką był Konkurs Młodych. - To nie dla nas starych pryków powinniście tu przyjeżdżać, ale dla tych młodych. My jesteśmy tylko wisienką na torcie – wykrzyczał Muniek Staszczyk ze sceny.

Tomasz Szczygieł

Powrót...

Komentarze: 0

Dodaj komentarz:

Imię, nick:
Treść:
Token:
przepisz:
Powrót...
Najnowsze wiadomości
Fotorelacje
 
NordaPress - copyright 2010
Expressy.pl ExpressPowiatu.pl ExpressGdynski.pl